sobota, 22 sierpnia 2015

Porównanie aspektów pracy ratowników medycznych w dużych miastach i na wsi...

"Porównując aspekty pracy ratowników medycznych w dużych miastach i na wsi, należy wspomnieć o pewnych różnicach w kwestii samego postępowania i medycznych czynności ratunkowych. 

Doświadczenie pokazuje, że w mieście, gdzie do większości szpitali można dojechać w niespełna 5-10 minut, a drugi ZRM, np. specjalistyczny, jest osiągalny w podobnym czasie, nie trzeba wiele umiejętności.



Tak, drogi Czytelniku, z całym szacunkiem dla ratowników pracujących w dużych miastach, ale dokładne badanie pacjenta, jego zabezpieczenie, podanie leków zajmuje więcej czasu niż faktyczny dojazd do szpitala. Może właśnie z powyższego wynika fakt, że w dużych miastach ratownicy medyczni znakomitą większość pacjentów transportują do szpitala i wykonują niewiele procedur. Postępowanie load & go jest najszybsze w takiej sytuacji. 

Czy najwłaściwsze? Nie do końca, bo nierzadko pacjenci trafiają do szpitalnego oddziału ratunkowego bez uzasadnienia, pokusić można się nawet o stwierdzenie „z automatu”. Żeby przewieźć pacjenta do szpitala, nie trzeba posiadać wielkiej wiedzy medycznej i umiejętności.
Tymczasem na terenach wiejskich, gdzie do najbliższego szpitala, niekoniecznie z pełnym zapleczem, jest 40 lub więcej kilometrów, transport pacjenta w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego, bez odpowiedniego ustabilizowania i przygotowania, grozi pogorszeniem jego stanu i nagłym zatrzymaniem krążenia po drodze. A pamiętać należy, że zespół specjalistyczny nie jest łatwo i szybko osiągalny/dostępny.
Z powyższego wynika, że postępowanie stay & play (w granicach rozsądku) jest jak najbardziej właściwe. I nie chodzi tu oczywiście o spędzenie godziny na miejscu zdarzenia, ale o wstępne ustabilizowanie pacjenta na czas transportu. Można to nazwać stay & play for load & go. 

Zgodnie z zaleceniami i wytycznymi część prowadzonych medycznych czynności ratunkowych, np. dokładne pomiary parametrów i podaż leków, może zostać przeprowadzona podczas transportu, bez konieczności opóźnienia dotarcia pacjenta do szpitala. W przypadku dużych odległości każde 10 sekund oszczędzone na zbadaniu i przygotowaniu pacjenta może skutkować straconymi wieloma minutami w dotarciu pacjenta do SOR.
Być może specyfika pracy ratowników medycznych na wsi i możliwość gwałtownej zmiany stanu pacjenta w trakcie kilkudziesięcio minutowego transportu do szpitala powodują, że nie każdy nadaje się i ma predyspozycje, aby pracować poza miastem. Trzeba wiele umieć i lubić takie działania, a nie każdy ratownik medyczny nadaje się do pracy w takich warunkach. Są sytuacje, w których można liczyć tylko na siebie i kolegę, a w miejscach, gdzie na 4 gminy przypada jeden zespół P, zespół ten jedzie do każdego wezwania – od wyrwanego cewnika, przez poród bliźniaczy w ułożeniu pośladkowym, do nagłego zatrzymania krążenia w ulu pełnym agresywnych pszczół. 

Zawsze należy być przygotowanym na najgorsze, bo ludzie na wsi wzywający ZRM nie są tak wykształceni medycznie jak mieszczanie i objawy podawane przez nich dyspozytorowi medycznemu często nie pokrywają się ze stanem faktycznym. Powoduje to sytuacje, w których pozornie błahe pierwotnie wezwanie przeradza się w zdarzenie kryzysowe i walkę z czasem.
Wspomniana walka z czasem, w obliczu ciężkiego stanu pacjenta, i dużą odległością do najbliższego SOR to trudne wyzwania, jakie stoją przed ratownikami na terenach wiejskich. W przeważającej części kraju skład zespołów podstawowych ogranicza się do dwóch ratowników medycznych, których
dwie pary rąk mogą nie wystarczyć do pełnego poradzenia sobie z trudną sytuacją.
Wystarczy wyobrazić sobie zdarzenie masowe, np. wypadek komunikacyjny z kilkoma lub kilkunastoma poszkodowanymi. W takiej sytuacji niezbędne są zgranie i sprawna komunikacja ratowników medycznych. To nie mogą być dwie przypadkowe osoby,to muszą być stali partnerzy znający własne umiejętności i ufający sobie wzajemnie. 

Wdrożenie procedury wypadku masowego dla dwuosobowego podstawowego zespołu jest szczególnie trudne, bo któryś z ratowników musi jednocześnie pełnić funkcję dwóch koordynatorów z trzech możliwych: koordynatora medycznego, koordynatora segregacji
i koordynatora transportu.
Sytuacja jest komfortowa, kiedy mamy do dyspozycji ratowników OSP, PSP czy innej jednostki KSRG. Ale ileż razy przyjeżdżamy na miejsce zdarzenia pierwsi? Warto dbać o to, żeby takie pozamiejskie, pojedynczo stacjonujące zespoły ratownictwa medycznego szkoliły się i zgrywały, a grafiki pozwalały na stałe składy i partnerską współpracę. Co więcej, w przypadku zdarzeń przekraczających siły i możliwości dwuosobowego zespołu P ważna jest próba zadysponowania dodatkowych sił i środków, czyli kolejnego zespołu podstawowego, specjalistycznego albo załogi HEMS. 

Czasami nie warto dla dobra pacjenta (a niekiedy i własnego) i sytuacji za wszelką cenę brać na siebie roli bohatera, ale zwyczajnie poprosić o pomoc, w celu sprawniejszej i skutecznej współpracy. Może następujące stwierdzenie jest uogólnieniem, ale nie ma na celu obrażenie kogokolwiek: ratownictwo medyczne w dużych miastach na ogół nie jest niczym trudnym.
Zaplecze szpitali, kolejnych zespołów i służb jest znakomite, co zwiększa szanse na przeżycie pacjenta, ale naprawdę większość procedur medycznych i medycznych czynności ratunkowych prowadzi się bardziej dla wykazania się profesjonalizmem niż dla poprawy stanu pacjenta. 

Czy jeśli transportujemy pacjenta z obrzękiem płuc do SOR oddalonego 2-3 kilometry od miejsca wezwania, to podany mu furosemid, nitrogliceryna i morfina mają szanse zadziałać i poprawić stan pacjenta? Jedyna poprawa, jaką zaobserwujemy, to wzrost saturacji po podaniu tlenu. Reszta efektów naszego działania będzie widoczna dopiero w warunkach szpitalnych. To oczywiście nie oznacza, że nie mamy prowadzić medycznych czynności ratunkowych i podawać leków w ogóle.



Po prostu w miastach należy ograniczać się do tego, co naprawdę konieczne. Pacjentów w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego (prawdziwego i rzeczywistego) ratuje szybki transport do szpitala. Co do pacjentów, którzy nie są w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego, ale wzywają ZRM i oczekują przewozu „taksówkarskiego” do szpitala, to istnieją dwie szkoły: większość ratowników (ale i lekarzy) dla zasady, świętego spokoju, czasem z braku wiedzy wywozi pacjenta do szpitala; druga grupa próbuje „leczyć” pacjentów w domu i stara się odesłać ich do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej.
Wyznawców drugiego sposobu jest w miastach znacznie mniej. Kto ma rację? Trudno powiedzieć, to wybór indywidualny każdego z nas. Mówi się, że ratownictwo medyczne to nie POZ i że nie leczy, tylko transportuje do szpitala. Ale skoro realizujemy wizyty zamiast lekarza rejonowego, to czyż sposobem na to zjawisko jest wywiezienie każdego pacjenta do szpitala? Wiejskie zespoły ratownictwa medycznego w przeważającej większości wybierają drugi sposób postępowania: wolą spędzić nawet 40 minut w domu pacjenta, żeby obniżyć mu ciśnienie tętnicze krwi czy podać leki przeciwbólowe i rozkurczowe w napadzie kamicy nerkowej, niż stracić 1,5 godziny na transportowaniu pacjenta do szpitala.

Są nawet ratownicy medyczni, z grupy hiperpasjonatów, którzy starają się jak najmniej pacjentów przewieźć do szpitala, żeby ciągle być w swoim obszarze działania i móc zostać zadysponowanymi do tzw. „konkretnego” wyjazdu, np. wypadku
. Jakże dzielnie walczą oni o prawdziwe ratownictwo medyczne! Czapki z głów i ogromny szacunek! Warto zaznaczyć, że jako ZRM mamy ograniczone diagnostyczne pole działania i ze względu na różne czynniki nasze rozpoznanie obarczone jest pewnym błędem. Dlatego należy pacjentów badać dokładnie i rzetelnie oraz w przypadku pozostawienia ich w domu zawsze zalecać kontakt z lekarzem podstawowej opieki zdrowotnej bądźze szpitalnym oddziałem ratunkowym.
Część jednostek chorobowych może nie dawać objawów niepokojących w chwili badania, co zdecydowanie usypia czujność. Dlatego zawsze należy zadbać o to, żeby pacjent w niedługim czasie został poddany szerszej diagnostyce. Nie w każdym przypadku oznacza to, że musi zostać przetransportowany przez ZRM, może przecież dojechać do SOR własnym środkiem transportu, z rodziną.
Co warto poradzić ratownikom medycznym pracującym w zespołach poza miastem? Przede wszystkim należy kształcić się i samodoskonalić, żeby nieść pomoc pacjentom z jak największym profesjonalizmem. Co więcej, warto walczyć o stały skład zespołów dla zgrania i pewnej współpracy. Dobrym pomysłem, realizowanym w wielu miejscach w kraju, jest odpowiednie przygotowanie sprzętu i ambulansów do działania w trudnym terenie: od rozsądnego spakowania plecaka, poprzez wprowadzenie do stałego wyposażenia ambulansu szpadla i worka z piaskiem albo łańcuchów na koła, po zakup ambulansów z napędem na cztery koła. 

Żeby lepiej poznać obszar działania, warto wybrać się na wycieczkę rowerową w wolnym czasie i zakończyć ją wspólnym ogniskiem. Dobrym pomysłem mogą być również wspólne omawianie przypadków i próba stworzenia jednolitych procedur, np. dla danego zespołu, biorąc pod uwagę specyfikę wyjazdów i obszar działania.
Z pewnością na terenach wiejskich należy położyć nacisk na odpowiednie przygotowanie pacjenta do transportu z zastosowaniem pełnego monitorowania. Na takich terenach, gdzie zespół podstawowy ratownictwa medycznego operuje sam na dużym obszarze, może zaistnieć konieczność przekroczenia procedur i wykonania czynności spoza szczegółowego zakresu medycznych czynności ratunkowych, które mogą być podejmowane przez ratownika medycznego. Ten absurd legislacyjny ma szczególne znaczenie właśnie w przypadku zespołów na obrzeżach miast i terenach wiejskich."

żródło: 
Na Ratunek 3/14 autor tekstu Ratownik Medyczny Krzysztof Skrzos

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz